Droga do Indii

Wyjazd do Indii dla opornych

Droga do Orchhy

Autor: Adam o sobota 10. Lipiec 2010

Ok.
Mój kochany pamiętniczku, zaniedbałem Cię, wiem.
Kajam się straszliwie. Dlatego też dziś będzie wpis, słitaśne foty i filmidło.
A poważnie, to przepraszam za brak aktualizacji, ale mi się nie chce, a pomocników brak :)
Zaczynajmy. Aktualne wpisy będą krótsze ale mimo wszystko chciałbym to skończyć.

Wyjechaliśmy z Khajuraho w stronę Orchhy gdzieś koło 16 godziny. Sonu stwierdził, że jechać będziemy jakieś 2-3h. Miło i przyjemnie. Jedziemy, oglądamy zachód słońca. Dodatkowo oglądamy budowę czegoś jak silos czy coś… już na etapie budowy przypominał krzywą wierze w Pizie… Jedziemy. Jedziemy. Ciemno się robi wszędzie. Ruch spory, samochody, motory, rowery, piesi na drodze szerokości może z 4 metry. Oczywiście muzyka na full, dłoń na klakson i jedziemy przed siebie. Ciemno już od jakiegoś czasu… Nasz driver przegapił zjazd na Agrę i musi na drodze zawracać. To dopiero przeżycie. W tył, w przód, w tył… i tak z 5 minut. Nagle tylne koło spada z asfaltu. Wrzask, panika naszego kierowcy… Lipek z Niną zostali wysłani, by przytrzymać pojazd, by nie stoczył się. Ja olałem to. Niech się nauczy jeździć! I teraz konsternacja, co zrobić? spanikowany kierowiec nie wie, co ze sobą zrobić. Iwona zaproponowała, żeby może ręczny, gazu i skręcić koła, to wyjedziemy. No… to był foch maksymalny, jak BABA może znać się na tak skomplikowanych rzeczach, jak jazda samochodem… Nie używając ręcznego, przy pomocy Niny i Lipka, którzy pchali auto ze wszech sił, udało się uwolnić z pułapki. Gdy wsiedli do pojazdu, okazało się, że przepaść, w którą prawie wpadliśmy miała no z 7 cm… tragedia.

W każdym razie, Sonu miał focha i przestał się odzywać, tylko jeszcze bardziej podkręcił głośność muzyki. Około 23 dojechaliśmy na miejsce. Oczywiście, Sonu przez telefon załatwił nam nocleg. na miejscu okazało się, że po 1 to w pokojach, gdzie tak śmierdziało, że nie dało się wytrzymać a ponadto chcieli za to z 600Rs. No tego to już nie strawiłem, widać miałem dość Sonu, jego muzyki i całokształtu, stwierdziłem, że mamy go w (&^ i idziemy sami szukać. nasi backpakerzy zrobili niezła minę… nastąpiło pytanie, czy nie ma tańszych pomieszczeń. Znalazły się, chyba po 500 ale tragiczne. Tragiczne tragiczne! No może przesadzam, byłem uprzedzony do tego hotelu itp. Jeszcze targując się zamiast 300 powiedziałem 3000 co wszyscy skwitowali salwą śmiechu. Tym bardziej moja irytacja wzrosła, i stwierdziłem, że wynosimy się i idziemy czegoś poszukać. Rozdzieliliśmy się, Nina z Lipkiem poszli droga w stronę „centrum” a Iwona została ze mną, zapewne by bronic ludzi przed moją agresją. Po przejściu 30 metrów znaleźliśmy kolejny hotel i weszliśmy do niego. Pokoje ładne, czyste, za 300Rs. Klucze, były poupychane pod koc na jakiejś wersalce – dość zabawnie to wyglądało. Ustaliliśmy, że nam się podoba, ale musimy jeszcze obgadać z resztą. Wyszliśmy na ciemna ulicę i szliśmy w stronę, w która poszli Lipek i Nina. Zaczęliśmy się z tubylcami i ogólnie z Indiami oswajać, bo z uśmiechem odpowiadaliśmy na zaczepki i naprawdę miło było. Okazało się, że znaleźli hotel, także po 300RS – a że byliśmy blisko, postanowiliśmy obejrzeć  pokoje. Ładne czyste… ale jakieś robactwo – acz martwe. Więc właściciel zaczął wymiatać je z pokoju, widząc ogromne oczy dziewczyn. Postanowiliśmy tu zanocować.

225

Głodni byliśmy niemiłosiernie, więc Lipek dogadał się w knajpie naprzeciwko, że przyjdziemy. Co prawda akurat zamykali, ale chętnie nas przyjmą. Czekali bidulki jeszcze z godzinę, zanim załatwiliśmy wszystko z plecakami, biurokracje z meldunkiem i przyszliśmy. Knajpa była pietrowa, więc zaciągnięto nas na górę, na taras, podano menu i to, co mnie najbardziej ujęło, to to, jak postawiłem plecak z aparatem na podłogę… Własciciel poleciał gdzieś, wrócił z krzesłem i ostrożnie położył plecak na krzesełku. Szok.

O, nawet jest zdjęcie i nazwa – Open Sky Restaurant. Polecam z całego serca. Dostaliśmy menu i zaczęliśmy studiować. Nie pamiętam co zostało zamówione, jakieś lokalne papu, cola lassi itp. I w tym momencie restauracja opustoszała. Został tylko właściciel, a cała rodzina, a było tego z 8 sztuk, poleciała w miasto. Właściciel zabrał się za rozpalanie ognia a my siedzieliśmy wpatrzeni w gwiazdy, Iwona udawała nawet, że rozpoznaje je. Nawet nazwy fachowe podawała, pewnie licząc, że nie będziemy chcieli pokazać swojej ignorancji i przytakniemy. I pierwsza wróciła córa właściciela dzierżąc w dłoniach zimna colę. WOW. Następni przynosili jakieś jajka, zieleninę i wszystko co potrzebne do kolacji. Rewelacja – wiedzieliśmy, że nasza kolacja jest super świeża – kolejny szok. Jedzenie było bardzo smaczne – polecam. Nie ma tej restauracji w LP, ale… warto. Za to Lipek nastawił się na śniadanie w innej restauracji, gdzies pod jakimś drzewem – wedle LP genialna… Ale to już kolejny dzień.

Udaliśmy się na spoczynek… umęczeni ale jacyś tacy zadowoleni…

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

Nocna jazda

Autor: Adam o czwartek 1. Kwiecień 2010

To teraz bardziej do słuchania… głupawki, ale także oglądania.

Oglądania, jak jeździ się w Indiach i dlaczego samodzielna jazda tam to nie jest najlepszy pomysł


A

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

Khajuraho

Autor: Adam o wtorek 2. Marzec 2010

Napisany w ogólne | 2 Komentarzy »

Film część III – Varanasi

Autor: Adam o środa 17. Luty 2010

Z uwagi na kilka drastycznych scen, film bardziej dla osób o mocniejszych nerwach…

Acz taka jest tamtejsza rzeczywistość …

miłego oglądania.
A

Napisany w ogólne | 1 Komentarz »

Film część II – New Delhi – Varanassi

Autor: Adam o piątek 12. Luty 2010

Część druga, maleńka.

Droga New Delhi – Varanassi.

Miłego oglądania.

A

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

Film część I – New Delhi

Autor: Adam o środa 10. Luty 2010

Pierwsza część – New Delhi.
Można oglądać w HD albo przełączyć sobie na słabszą jakość, wtedy nie powinno przerywać.
Miłego oglądania

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

Przerwa w wiadomościach i dobra informacja

Autor: Adam o wtorek 9. Luty 2010

Wrodzone lenistwo oraz nawał pracy nie pozwolił mi uzupełnić bloga do końca, co kiedyś zapewne jednak zrobię.
Chciałbym za to wszystkich przeprosić.
Jednak cierpliwość zostanie nagrodzona, albowiem udało mi się ukończyć film.
Z okazji ograniczenia czasu filmu na youtube do 10 minut, podzielę film ma części dotyczace odpowiednich fragmentów wyprawy.
Jeśli znajdę gdzieś jakiś sposób, by umieścić całość, uczynię to.
Podkład muzyczny to oryginalna muzyka „tamtejsza” – w pewnym stopniu oddająca to, co słychać w każdym miejscu.
A

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

Humor

Autor: Adam o czwartek 20. Sierpień 2009

Angielskie biuro poszukuje pracownika, zglosil sie francuz niemiec i hindus. Aby sprawdzic czy sie nadaja kazali im ulozyc zdanie ktore bedzie zawieralo nastepujace wyrazy: grin, pink, jeloł (jakby kto nie wiedział – green, pink, yellow – zielony, różowy, żółty). Na pierwszy ogien poszedl niemiec :
- When i wake up i se jeloł sun grin grass and pink sky.
nastepny byl francuz:
- When i wake up i wear my jeloł t-shit, pink sox and grin hat.
i ostatni hindus :
- When the phone grin grin i pink up and say jeloł.

Napisany w ogólne | Brak komentarzy »

droga do Orchy

Autor: lianka o niedziela 22. Marzec 2009

jazda do Orchy początkowo odbywała się po tak samo koszmarnych drogach jak w stronę Kajuraho. zresztą logiczne. więc trzęsło nami nieziemsko i każdy po cichu miał nadzieję, że niedługo wyjedziemy na normalny asfalt bez kilkunastocentymetrowych dziur. z przyjemnych rzeczy po drodze widzieliśmy piękny zachód słońca. nietypowy dla nas bo bez chmur, słońce nie było tak pomarańczowo-krwistoczerwone jak w Polsce ale mimo wszystko wyglądał ślicznie. usiłowaliśmy zatrzymać się gdzieś i zrobić zdjęcie ale Adam nie za bardzo się czuł a mi i Iwonie nie wyszło nic ładnego. z komicznych rzeczy oczywiście zgubiliśmy się kilka razy i podczas zawracania jedno tylne koło obsunęło się z asfaltu na pobocze. nasz Sonu wpadł w taką panikę, kazał nam szukać cegły, żeby podłożyć pod koło samochodu. Lipek i ja wyskoczyliśmy w poszukiwaniu czegokolwiek po czym okazało się, że wcale nie grozi nam wpadnięcie do rowu, różnica poziomów wynosiła ok. 10cm. w związku z tym Iwona udzieliła przyjacielskiej rady naszemu kierownikowi, żeby po prostu ruszył z ręcznego. propozycja spotkała się nie dość, że z brakiem kompletnego zrozumienia to jeszcze Sonu obraził się, no bo jak tu kobieta będzie go pouczać jak się jeździ!. dla nas cała ta sytuacja była zabawna niestety nasz kierowca aż spocił się okropnie. niestraszne mu było wyprzedzać nie widząc czy nic nie jedzie z naprzeciwka, niestraszne wyprzedzanie na trzeciego czy czwartego, niestraszna jazda bez świateł nocą straszne okazało się wyjechanie z małego dołka.

z innych ciekawskich rzeczy przejeżdżaliśmy przez jedną, dwie wioski gdzie w poprzek drogi rozciągnięty był szlaban i gdzie trzeba było uiścić opłatę. nie wyglądało to na oficjalny punkt poboru jakiegokolwiek podatku. wiemy też, że nie była to granica między stanami więc podejrzewamy, że cała ta operacja była z lekka nielegalna, ale aby przejechać musieliśmy zapłacić haracz.

do Orchy dojechaliśmy wyjątkowo wcześnie biorać pod uwagę nasze kilka dni podróży. oczywiście po drodze Sonu, nie konsultując się z nami, zarezerwował nam hotel – Fort View. jego pewność, że zdecydujemy się na ten właśnie hotel była podbudowana tym, że polecali go w LP. pokoje, które nam pokazano nie odbiegały standardem od tych wcześniejszych, może były trochę większe. zażądano od nas, o ile pamięć mnie nie myli, 500Rs za 1 pokój. wiedzieliśmy, że powinno być taniej więc zaczeliśmy się targować. jednak ceny nie udało się ztargować a zyskaliśmy tylko tyle, że pokazano nam pokoje tańsze, które były bardzo małe,  śmierdziało w nich strasznie a ponadto jeden z nich nie miał europejskiego kibelka. pełni wiary w siebie, przecież jesteśmy już w Indiach kilka dni i żyjemy a nawet mamy się całkiem nieżle, postanowiliśmy poszukać tańszego hotelu na własną rękę. panowie z hotelu jak i Sonu byli z lekka oburzeni. zostawilismy bagaże w samochodzie, upewniliśmy się, że Sonu będzie tam na nas czekał a ponadto będzie również i spał w tym hotelu udaliśmy się „na miasto”. rozdzieliliśmy się – Adam i Iwona zaszli do następnego hotelu, ja i Lipek poszliśmy w poszukiwaniu hotelu, który był polecany w następnej kolejności po Fort View w naszej „bibli” czyli w LP. hotelu nie znaleźliśmy za to zdobyliśmy orientacje, w którą stronę do kolejnych ruin, które chcieliśmy zobaczyć oraz wypatrzyliśmy polecaną przez LP knajpkę. samo miasteczko było usłane ogromną ilością krowich kup. spotkaliśmy też Szwedów, z którymi zamieniliśmy kilka słów – mieszkali właśnie w Fort View i płacili za pokoje jakies 800Rs uważając, że to tanio. z lekkim niepokojem zaczeliśmy wracać bo uświadomiliśmy sobie, że nie umówiliśmy się konkretnie ani za ile się spotykamy, ani gdzie. jednak okazało się, że znaleźliśmy się bez wielkich problemów i mimo iż my nic nie znaleźliśmy Iwona i Adam mają całkiem fajne i czyste pokoje za 250rs. jednak wracając po bagaże zaczepił nas jeszcze jeden hotelarz. widać, że albo nie było jeszcze sezonu albo nie miał szczęścia bo bez wielkich ceregieli zgodził się na tą samą kwotę za to za większe pokoje. później dowiedziliśmy się, że przez pękniętą rurę miał potworne problemy i każde pieniądze były mu potrzebne – w sezonie jego pokoje chodziły za 800Rs. poszliśmy po bagaże, pan wymiatał ususzone owady z naszych pokoi, a po drodze umówiliśmy się z właścicielami kanajpki na przeciwko, że niedługo przyjdziemy do nich na kolację. niestety za nim nastapiło zakwaterowanie minęło sporo czasu jednak w knajpce cały czas na nas czekano. w rewanżu na jedzenie też trochę sobie poczekaliśmy. całość była smaczna choć bez rewelacji za to ujęło nas, że czekali nas i byli bardzo uprzejmi – przynieśli Adamowi krzesełko na plecak, strząsali z nas owady, które ciągnęły z powodu światła. ponieważ śniadanie postanowiliśmy zjeść w tej kanjpie, którą wypatrzyliśmy z Lipkiem pożegnaliśmy się coś mrucząc niezobowiązującego na temat śniadania. spać poszliśmy dosyć szybko bo kolejny dzień miał minąć na zwiedzaniu w słońcu. moja  przemiana materii zaczęła się odzywać i po chwili wahania zaczęłam brać tabletki przeciw biegunce.

Napisany w ogólne | 6 Komentarzy »

2008.10.04 Khajuraho

Autor: Adam o środa 4. Marzec 2009

Otworzyłem oczy. kolejny dzień i dalej żyjemy. Co ciekawsze, jest pogańska godzina a w sumie nawet przytomni jesteśmy. W sumie nawet się wyspaliśmy, co nas lekko zdziwiło. Do rzeczy. Znaczy się wstaliśmy, umyliśmy się i zapłaciliśmy za hotel. Check out był o 10 więc spakowaliśmy się i zaciągnęliśmy bagaże do jeepa. Coś okołozołądkowego zaczęło nam doskwierać więc postanowiliśmy zwiedzić lokalną jadłodajnię. Była blisko i pewnie nazywała sie Ganesha, ale to Nina się dogrzebie do rachunków i znajdzie. Może. Ja tu jestem od poezji, prozy wina i śpiewu, a ona od szarej rzeczywistości. ktoś musi, prawda?
Wciągneliśmy się ochoczo na 1 pięterko restauracji, dość obskurnymi schodami i ukazał nam się widok jadłodajni z lat 70. No ciut a nie taka z misia, tylko misek nie było, znaczy cywilizacja.
Cośmy tam nabrali nie pomnę – to znów Niny zadanie wygrzebać i naklikać – zdaje się tosty różnorakie, na przykład z pomidorem i serem – wyśmienite.
Mam ścieśniać, bo coś przydługa się relacja robi a i przydługo powstaje, więc przenieśmy akcję w niedaleką przyszłość. Tup Tup tup poczłapaliśmy w stronę pierwszych świątyń. Znaczy właśnie nie poczłapaliśmy tylko nasz kierownik nas zawiózł, na wyraźne nasze życzenie a wbrew jego wyraźnej chęci. Przełamaliśmy jednak jego opory i udaliśmy się pod bramę. No… ładnie ładnie, z daleka widać że całkiem ślicznie tu. Wybiegliśmy z jeepa świńskim truchtem w stronę bramy, aby zakupić bileciki. czynność ta została dokonana i zostaliśmy zaczepieni przez „jedynego koncesjonowanego przewodnika rządowego”. Czy jakoś tak. Jeszcze kilku takich się kręciło, ale że mu z oczu dobrze patrzyło, przeszliśmy do targów. 500. Nie, no co ty, za 500 to my możemy ho ho ho! Ale to rządowa cena wyskoczył przewodnik. rządowa trądowa, nie kłam nam tu, bo w Looney Planet pisze, że to 250. Nie no poszły ceny w górę, inflacja, kryzys, dzieci płaczą i takie tam. jasne. 400 albo spadaj, Nie będziemy się dalej targować, szkoda czasu. Oczywiście zgodził się bez namysłu.
Weszliśmy przez bramę do innego świata. Za wejściem stoi napis, że to światowe dziedzictwo UNESCO i że dbaja o to, i że my też mamy dbać coby kolejne pokolenia tez miały co oglądać. Ok, w sumie nie przeszkadzają mi kolejne pokolenia, pod warunkiem, że nie kopia mnie w kostkę albo portfela nie wyrywają, mogę dbać.
Zostaliśmy zaciagnięci do pierwszej kapliczki. Świetny pomysł, bo słońce już było wysoko i dawało o sobie znać, a pod kamiennym dachem jakoś człek się czuł lepiej.

182

Okazało się, że byliśmy w świątyni poświęconej Wisznu. A konkretnie Jego trzeciemu awatarowi – dzikowi.
Z tego co pamiętam, pierwszym awatarem Wisznu była ryba – Matsja która uratowała przodka rasy ludzkiej. Kolejnym awatarem był żółw – Kurma. następnie dzik Waraha. Czwartym zaś był człowiek lew – Narasimha, który zabił straszliwego demona. Podobnie kolejny awatar – karzeł Wamana który znów ratował świat przed demoniszczami paskudnymi. Szósty był Rama – Paraszurama. Kolejnym zaś znów Rama – tym razem jako wojownik. Potem Kryszna i Budda. Jeszcze ma nadejść Kalikin ale kiedy tego nie wie nikt, jednak jak nadejdzie będzie to koniec naszej ery i początek nowej. Ma położyć kres zepsuciu, aczkolwiek chyba nie chciałbym tego oglądać. Jeszcze mam kilka rzeczy do zrobienia przedtem.

181

My tu gadu gadu, przewodnik opowiada, ja tu streszczam opowiadania, a tu czas ruszać dalej.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie przy posągu Wisznu i można iść dalej. Przewodnik zabrał mi aparat i poinformował, że mu zaraz ptaszek wyleci. Chyba jego. W moim aparacie nie ma ptaszków.  Potem odczekał aż już nie miałem siły wciągać brzucha i zrobił zdjęcie. Ech życie…

183

Następnie Udaliśmy się do kolejnej świątynii, oddalonej od poprzedniej o jakieś 100m i zasiedliśmy przed wejściem. Tu nastąpiły kolejne tłumaczenia historii tego miejsca. Z ciekawostek które mi się zapamiętały, była opowieść o odnalezieniu świątyń przez brytyjskiego oficera, który określił je jako piękne, acz z nadmierną śmiałością erotyczną. Dlatego też część rzeźb jest zniszczona w ramach cenzury.

184

Nawet ktoś się zlitował i mi zdjęcie zrobił:

185

Ok, wiem wiem, oglądacie ten wpis i czekacie, kiedy pojawią się zdjęcia z ciekawymi pozycjami, nagimi kobietami i innymi takimi. Umieszczę je tu i teraz, bo stracicie zapał albo przewiniecie w dół, a nie o to przecież chyba chodzi.

186

190

192

Na razie musi wystarczyć, teraz musicie się skupić bo będzie trudno. Mianowicie świątynie te powstawały mniej więcej od 950 do 1050 roku. To wtedy, gdy w Polsce był chrzest trochę wcześniej myszy zjadły Popiela, ale już mniej więcej Mieszko I był. Dla przypomnienia grody nasze wspaniałe były budowane  z drewna i tak jakby cywilizacyjnie byliśmy kilkaset lat za Indiami. teraz odnośnie rzeźb. Istnieje kilka teorii ( spiskowych? ) przedstawiających przyczynę powstania tak śmiałych nawet jak na dzisiejsze czasy dzieł. jedna z nich głosi, że było to coś w rodzaju sporej wielkości podręcznika Kamasutry. Inna teoria głosi, że zaspokojenie potrzeb cielesnych zapobiega złym duchom oraz zapewnia zbawienie ( Nina – jak to będziesz czytała, to to jest ważne – zapamiętaj to sobie! :} ). Ostatnia z przedstawionych nam teorii, najmniej mnie przekonująca była teoria, że był to obraz świata widziany oczyma artystów. Jakoś nie przekonuje mnie to.

193

194

Jakoś dziwnie świątynie te przypominały nam budowle Majów – inny koniec świata czas podobny… zastanawiające prawda?

195

Ok, było trochę historii, to teraz będzie kilka zdjęć, by zawiesić oko

196

198

200

Prawdę powiedziawszy robi wrażenie. Obeszliśmy kilka świątyń dokoła, zostaliśmy poinformowani ze szczegółami co kto z kim i jak. Na przykład w przekładzie dowolnym – „Pan nie chciał pani więc pani znalazła konia i ten koń okazał się znacznie większy od pana i pani była zadowolona” i temu podobne kwiatki.  następnie udaliśmy się do baru znajdującego się pośrodku i w cieniu drzew piliśmy colę i inne napoje ( 50 rs za puszkę, ale była wspaniale zimna )

201

Nasz przewodnik siedział z nami zabawiał nas różnymi historyjkami, dowcipami z długą brodą i opowieściami o swym życiu. Z ciekawszych rzeczy na które zwróciliśmy uwagę:

- Nie, w Indiach nie ma już kast, już nie istnieją

- A co oznacza ta czerwona kropka na Twoim czole?

- A, bo ja jestem braminem, pochodzę z najwyższej kasty, codziennie jak zakończę modły to maluje sobie taka na czole, to oznaka bramina.

No to zaraz – nie ma kast a bramini to co? Na to odpowiedzi nie usłyszeliśmy.

Przewodnik podziękował nam, powiedział żebyśmy sobie sami resztę świątyń zwiedzili i ulotnił się, zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować. Pluliśmy sobie trochę w brodę, ale i tak byliśmy zadowoleni. 400 rs nie majątek, a naprawdę ciekawie opowiadał i warto było zapłacić. Polecamy.

202

204

205

206

207

209

210

Słonko prażyło niemiłosiernie. Po pewnym czasie wszystkie rzeźby wydawały sie takie same. W dalszym ciągu byliśmy pod ogromnym wrażeniem całości. Nie tylko kunsztu budowniczych czy artystów, ale też inżynierii, która pozwoliła tym budowlom dotrwać do dnia dzisiejszego. I nagle oczom naszym ukazał się obraz pracy zespołowej. Mianowicie ekipa naprawiała elementy świątyni. Polegało to na tym, że:

  • człowiek sztuk jeden, nakładał  piach do miski
  • kobieta sztuk dwa niosła na głowie miskę do betoniarki oddalonej o jakieś 10 metrów
  • mężczyzna sztuk jeden pilnował betoniarki
  • mężczyzna sztuk jeden odbierał od kobiet miski i wrzucał do betoniarki
  • z drugiej strony betoniarki czekał kolejny człowiek sztuk jeden, by to co się wykręci w betoniarce nasypać do misek
  • kobiety sztuk dwie niosły miski na głowie 5 metrów do ściany wysokiej na 2 metry.
  • mężczyźni sztuk 3 podawali sobie miski na górę.
  • kobiety sztuk dwie niosły miski na głowach kolejne 10 metrów gdzie wyrzucały zawartość w odpowiednie miejsca …
  • … wskazywane przez mężczyznę w ilości sztuk dwie
  • mężczyźni sztuk trzy rozprowadzali materiał w odpowiednich miejscach.

Wspaniała praca zespołowa – 17 osób wykonywało pracę przeznaczoną dla 3? może czterech osób. Ale fakt, idealny sposób na walke z bezrobociem.

211

Tak sobie tuptamy tuptamy i nagle jakaś myśl zrodziła się w głowie. Przecież to miejsce jest  niepodobne do reszty Indii. czyste, zielone, zadbane. Zupełnie, jakby ktoś wyciął z jakiegoś innego miejsca na ziemi kawałek terenu i umiejscowił Tu. Za płotem widać śmieci, ale tu zielona trawa, kwiaty, miejsce na śmieci… UNESCO dając pieniądze stworzyło swoista enklawę, inny świat.

212

213

214

Kolejna rzecz która nas zdziwiła. Koszenie trawy. Kuca sobie na trawniku kilka takich kosiarek ( kosiarzy? ) i takim trójzębem wycina trawę. Jedną ręką łapie za to zielone co wystaje i ciap ciap. jeden obok drugiego ciapia trawę od rana do nocy. Ekologiczne kosiarki, nie ma spalin, tanie w utrzymaniu…

215

216

217

218

Późno już było… pewnie z jakaś 14. Padaliśmy na twarz, na zielona trawkę czy inne rzeczy, staraliśmy sie iść tylko w cieniu. Nieliczni Hindusi oglądający z rodzinami świątynię przyglądali nam się badawczo.

Po analizie zdjęć przestałem im się dziwić:

219

Następnie przegrupowaliśmy się  do kolejnej grupy świątyń. Dość podobne aczkolwiek nowsze. I tam natknęliśmy się na zakaz wejścia w ubiorach ze skóry. Lipek miał dokumenty w takim kangurzym brzuszku ze skóry więc postanowiliśmy rozbić się na 2 grupy. najpierw jedna siedzi i pilnuje a następnie druga. najpierw z Niną weszliśmy do środka… znaczy ja usiłowałem,a le zostałem pogoniony, coby pozbyć się skarpet. W sumie pisało, że bez butów, ale wcześniej tez tak pisało i można było w skarpetach wchodzić. Zaufajcie… kamień po kilku godzinach na słońcu nie jest najprzyjemniejsza rzeczą do chodzenia…

Posykując i podskakując wesoło ( by mieć najmniejszy kontakt  z ziemią ) weszliśmy do środka. Zwiedziliśmy zrobiliśmy zdjęcia i wyszliśmy. Gdy zmienialiśmy się z Lipkami, okazało się, że saszetka ze skóry nie jest problemem. A moje skarpety tak? No ale nie będę się przecież awanturował, jeśli tego wymagają ich obyczaje to stosować się będę bez gadania i marudzenia. Co najwyżej z lekkim posykiwaniem.

220

Po tym wszystkim zwiedziliśmy jeszcze jedną świątynie i postanowiliśmy jechać w stronę Orchy.

Ale to juz w kolejnym odcinku naszej niekończącej się opowieści.

Bądźcie czujni, albowiem nie wiecie, kiedy nastąpić może apokalipsa lub następny odcinek…

A

Napisany w relacja | Brak komentarzy »